Czego nie wiemy o naszym psychologu - Tomaszu Zielińskim?

Aktualności

Czego nie wiemy o naszym psychologu - Tomaszu Zielińskim?

Chłopak z Lublina, pasjonat geografii, marzyciel o stabilności w edukacji - czyli czego nie wiemy o naszym psychologu w rozmowie “Sukcesu Murowanego”

 

Wywiad z Panem Tomaszem Zielińskim - naszym psychologiem, przeprowadził redaktor "Sukcesu Murowanego" Paweł Stocki

 

Paweł Stocki: Zacznijmy może od początku: gdzie Pan się uczył i czy zawsze chciał Pan zostać psychologiem?

Tomasz Zieliński: Pochodzę z Lublina, jak może część uczniów wie, bo staram się od początku o tym mówić - nie ukrywam swojego pochodzenia - bardzo chwalę sobie tę miejscowość. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, na psychologii. Jest to jeden z trzech najlepszych wydziałów w Polsce - wszystkim polecam ten kierunek i tę uczelnię. Czy zawsze chciałem być psychologiem? Nie, może kogoś zaskoczę, ale byłem w klasie matematyczno-fizycznej w liceum. Chciałem być informatykiem, ale miałem wychowawczynię polonistkę i zmieniła troszkę mnie i moje myślenie, znudziłem się też trochę matematyką... bo ja zawsze lubiłem ludzi i kontakty społeczne - stąd mój pomysł na psychologię. Było piętnaście osób na miejsce, ale dostałem się i bardzo się cieszę. Dostałem się też na geografię - to taka moja druga miłość, ale wybrałem psychologię i nie żałuję.

PS: Rozumiem. Na jakie wyzwania natrafił Pan pracując w szkole jako psycholog?

TZ: Pamiętam moją pierwszą pracę w szkole - to było w 2012 roku, w Poznaniu, w szkole podstawowej i gimnazjum - stąpałem trochę tak jak buszujący w zbożu - nie wiedziałem co robię, trafiałem na różne nowe rzeczy, doświadczeni nauczyciele trochę mną "miotali", czułem się jak taki mały żuczek. Studia psychologiczne uczą ogólnej wiedzy, ale praktyka w pracy, poruszanie się w gąszczu przepisów, zależności szkolnych, rady pedagogiczne - wszystko na początku było dla mnie takie trochę tajemnicze, ale na szczęście bardzo szybko jakoś udało mi się, przez dopytywanie i własną pracę wszystko ogarnąć. Dużym wyzwaniem była koordynacja pomocy -  współpraca między nauczycielami, rodzicami, uczniami, psychologiem i pedagogiem i dopasowanie odpowiednich środków pomocy do sytuacji to było chyba największą trudnością.

PS: A ile lat pracuje Pan w zawodzie?

TZ: Od 2011 roku, więc to będzie 7 lat.

PS: Czyli całkiem sporo.

TZ: Tak, miałem też taki okres 3 lata temu, który bardzo dużo mi dał. Byłem w Poznaniu w zespole psychologów i pedagogów pod kierunkiem pana Wilińskiego, który naszą całą grupę scalił i przygotował do pracy właśnie placówkach oświatowych, pod względem merytorycznym i pod względem praktycznym - to bardzo dużo mi dało.

PS: A jaka najśmieszniejsza czy najoryginalniejsza sytuacja spotkała Pana w związku z pracą w szkole?

TZ: Tutaj muszę chwilkę się zastanowić, co mogło być najśmieszniejsze, było dużo takich sytuacji. Pracuję teraz w szkole średniej, pracowałem też w podstawówce i przedszkolach, gimnazjach, więc na różnych poziomach edukacji. Pamiętam, gdy pracowałem w podstawówce, była pewna akcja, że dany dzień był dniem jakiegoś koloru, a ja o niczym nie wiedziałem. No i przychodzę do szkoły, a tam wszyscy na czerwono, tylko oczywiście nie ja. Poczułem się trochę głupio, ale na pewno było to bardzo zabawne (śmiech).

PS: Czy praca z młodzieżą, pomimo że na pewno czasem mącząca, pozwala wyciągnąć jakieś ciekawe wnioski?

TZ: Tak. W pracy z młodzieżą pracuje się na osobowości, na rozmowie, pracuje się sobą i nic nie można ukryć. Młodzież od razu widzi, czy ktoś jest autentyczny, czy nie, i tak naprawdę przez rozmowę poznaje się drugiego człowieka, jego dobre cechy i mocne strony, ale też trudności problemy - to uczy generalnie życia, pomocy w trudnych sytuacjach - trzeba się zastanowić nad tym, co poradzić takiej młodej osobie - i to na pewno jest rozwijające. Każde spotkanie, każda taka relacja z drugim człowiekiem czegoś uczy. Dużo jeździłem też na obozy z dziećmi i młodzieżą -  jedna kierowniczka powiedziała tam mądrą rzecz: nigdy nie wiadomo, kiedy jedna rozmowa, jedna interakcja spowoduje u kogoś taką zmianę, która po latach będzie bardzo widoczna.

PS: Efekt motyla.

TZ: Efekt motyla, dokładnie - czasami jest tak, że właśnie jedna rozmowa, jedno słowo, jedno zdanie, które psycholog czy nauczyciel powie młodej osobie zakiełkuje i wyda dobre owoce. Ta praca to takiej właśnie sianie i oczekiwanie, trwanie w nadziei, że przyjdzie czas zbioru. I wiem, że tak jest - przykład właśnie z takiego obozu: po pięciu latach zadzwoniła do mnie matka dziewczyny z podziękowaniami. Ta dziewczyna miała trudną sytuację na obozie i wezwaliśmy rodziców, daliśmy jej kontakty do specjalistów i tak dalej. Po pięciu latach zadzwoniła, powiedziała że córka teraz dobrze sobie radzi i dziękuje za pomoc. Takie rzeczy dają motywacje na tu i teraz.

PS: I na koniec nieco ogólne pytanie - co chciałby Pan zmienić w systemie edukacji, gdyby Pan mógł?

TZ: Chciałbym, żeby było więcej stabilności w systemie edukacji - nie wiem czy wy to widzicie - ale my jako nauczyciele mamy nieustanną reformę edukacji, rozporządzenia, przepisy - ciągle się coś zmienia. Chciałbym, żeby po wprowadzeniu jakiejś reformy popracować przynajmniej kilka lat na jakiejś bazie i dopiero później analizować i ewentualnie zmieniać. Chciałbym większej stabilność pracy, żeby więcej czasu poświęcać uczniom - czasami jest tak, że siedzimy w tych papierach, bo musimy to zrobić, a czasu dla ucznia pozostaje coraz mniej i to trochę boli.

PS: Myślę, że to wszystko, dziękuję bardzo.

TZ: Bardzo dziękuję rozmowę.

 


Copyright © 2018 | www.zsbolechowo.pl | All Rights Reserved!